Sława obojętności

Kiedyś piękna twarz, z gwiazdorskim uśmiechem, uważnym spojrzeniem, modną a niekonwencjonalną fryzurą oraz kreacją. Po prostu sława i czar Warszawy sprzed ponad pół wieku. Czas jest mocą atrakcyjną, wcale nie abstrakcyjnym rzeźbiarzem ciała oraz psychiki człowieczej, dotkliwego zapomnienia, samotności, bezradności, obojętności.

Tekst powstał po obejrzeniu przeze mnie – w ostatnim tygodniu – filmu dokumentalnego z cyklu „Uwaga!” zrealizowanego przez TVN. Odżyły we mnie dawne wspomnienia czasu dziś zakazanego, wyśmianego, ani bajkowego, ani wolnego. Obowiązują już inne reguły opisu oraz kreacji świata przez artystów życia.

Dusza czy osobowość artysty to jedność czy wielość? Co człek to inna odpowiedź, a może i definicja. Wciąż trwa ble, ble aktualnie wielkich o tych, co byli kiedyś wielkimi. Ulotne i zdradzieckie słowo sława! Kto ma jeszcze złudzenia obszyte nadziejami, że ich starość będzie wielka aż po ostatnią minutę, niech zostanie hazardzistą – tam są większe szanse.

 

W tle wielki salon. Mnóstwo foteli, tapczanów, w środku dwa filary, zatłoczenie życia i materii. W drzwiach starsza osoba z kijkiem, na który nasadzono plastikową butelkę. To odganiacz psów – domowników – rozpoznających rzadkich gości. Szum, jazgot, ciekawość, niepokój. To jednak nie wszyscy domownicy w tej przestrzeni.

 

Na zewnątrz żyją dorodne szczury. Biegają od kałuży, poprzez nieuporządkowany placyk wokół nieotynkowanego domu czy willi aż – po cegłach – do okna na I piętrze. Tam Pani je przyjmuje, karmi, coś mówi. Szczury jej się nie boją – z wzajemnością. Przyjaźń to czy wyczekiwanie? Te ssaki są bardzo inteligentne.

Dama pokazuje swój salon wraz z psimi mieszkańcami w liczbie ok. 70. Przygarnęłam je i wszystkie chcą leżeć, na ręku, na włosach, nogach – byle być przytulonym do mnie. Nie mam potrzeby, by ktoś mnie kochał, bo nikt mnie nie kocha.

Dama się uśmiecha… To Bożena Wahl. Polska malarka, studentka Eugeniusza Eibischa na warszawskiej ASP. (1957). Przygotowywała scenografię do „Kabaretu Starszych Panów”. Urodziła się w roku 1932. Rozpoznaję uśmiech. Warszawianka totalna. Razem z siostrą bliźniaczką Alicją utworzyła w Polsce i Warszawie jedną z pierwszych prywatnych galerii plastycznych. Galeria Sztuki funkcjonowała do 2002 roku na Starym Żoliborzu. Willa została specjalnie zaprojektowana na ten cel. To było jedno z centrów polskiego życia artystycznego. Siostry wystawiały i sprzedawały nie tylko swoje prace, lecz pojawiał Beksiński, Lebenstein, Schulz, Starowieyski, Witkacy… Błyszczały nie tylko w Polsce. Europa stała otworem przed ówczesnymi jeszcze nie medialnymi lalkami.

Wiele, wiele lat temu dochodziły mnie wieści o coraz dziwniejszym zachowaniu Bożeny Wahl. Przytulisko czy schronisko zajmowało jej życie, a później stworzony przez nią świat. Zaczęło się odchodzenie od tego, co ludzie nazywają normalnością. Psy i koty. Cała jej miłość przerodzona w w całkowite oddanie zwierzętom. Gdzieś znalazły się pogranicza zachłannego uczucia po bezmierne, całkowite wejście w świat nie tylko psiego nieszczęścia.

Fundacja rozrasta się w sposób niekontrolowany. Wymyka się jej władzy życie zwierzaków. Kontakt z czworonogami zamienia się we wzajemne uzależnienie. Nie potrafi już inaczej żyć. Odeszły salony, wernisaże, znajomi, przyjaciele, mężowie, ludzie życzliwi, pieniądze, dbałość o swą fizyczność. Została arena i wokół niej urzędnicy, ciekawscy, żądni sensacji .

Jeszcze trwa niezdrowa, dla wielu miłość oraz gorzka pełnia dojrzałości. Jakże w jej aktualnej sytuacji jawią się wyalienowane pod koniec życia – chwile Wioletty Villas oraz Ireny Dziedzic. Ileż zapłaciła za samotność w Nowym Jorku – Greta Garbo. To były własne oraz losu wybory. Świat dalej trwa. Pełen powabu, kolorowych neonów, czerwonych dywanów, zaczadzeń chwilowymi gwiazdami i gwiazdkami. Karuzela sławy kręci się dalej. Nie ma innego wyjścia.

Dlaczego piszę o Bożenie Wahl? Od lat jest w sytuacji tragicznej, praktycznie bez zdroworozsądkowego wyjścia. Tak wyglądają nie tylko pozory, lecz niemalże kliniczny stan naskórkowych rozwiązań problemu artystki. Szczególnie wtedy, gdy pojawia się mikrofon, kamera, ekipa medialna, notes, długopis. Problem zostaje odświeżony, wyciśnięty niczym tubka z resztką jakiejś pasty. Nazwijmy ją życiową.

Obejrzałem film, w którym przywołane wcześniej sceny są autentyczne. Zarejestrowane monologi oraz dialogi, włącznie z komentarzem autorów filmu – nabierają groteskowego charakteru. Oto życie zarejestrowane przez ekipę telewizyjną. Poprzez zaostrzone metalowe sztachety toczą się słowa troski. Otóż panią Bożenę odwiedzają pracownice miejscowej opieki społecznej.

– Dzień dobry pani Bożeno. Jak się pani dzisiaj czuje? Wpuści nas pani?

– Oczywiście!

– Jakiej pomocy pani od nas oczekuje?

– Może pani znaleźć dla mnie wolontariusza?

– Poszukamy, popytamy…Jadła pani jakiś posiłek dzisiaj?

– Ja nie mam nic do jedzenia…

– Zupy będzie pani dostawać i drugie danie. Gdyby pani, tak jak dzisiaj, otworzyła to przywieziemy, także odzież.

Po pewnym czasie. Może upłynął dzień, dwa. Plan zdjęciowy jak poprzedni.

Co pani dzisiaj dostała?

Za darmo. Buraczki, kartofelki i pyszny kotlet. I zupę. Wszystko pyszne!

Ujęcie dalszego planu. Artystka odchodzi z ciemnym workiem, w której jest zapewne odzież. Powoli, lekko zgarbiona wchodzi do drzwi wejściowych swego dużego domu.

Mam wrażenie uczestnictwa w życiu umownej wioski potiomkinowskiej. Zgrzyta mi dalej ta dobroć wobec oka kamery. Co się będzie działo, gdy ekipa odjedzie? Uciekło ze mnie uczucie wiary wobec faktów, które od tylu lat toczą się pod niebem pełnym życia i niewiarygodności.

Los tej Damy nie jest odosobniony. Jeżeli tak toczy się życie znanej kiedyś, cenionej, zapewne posażnej a starszej dzisiaj osoby, dotkniętej przez swą nadwrażliwość na zwierzęce nieszczęścia to jak wygląda życie innych osób? Totalnie balastowych i anonimowych dla swych rodzin, urzędów, przytulisk, domów starców, szpitali? To już nie jest los czy świadomy wybór! Udręczona swą psychiką oraz empatią pani Bożena ma jeszcze siły na walkę. Upór? Niszczenie idylli, w jakiej żyje znaczny procent naszego społeczeństwa?

Tak znana i anonimowa starość przeszkadza ludziom zdrowym, sprawnym, pełnym siły. To są barykady, które buduje wiek. Nieubłagany. Z młodości i dostojności wykluwają się koszmary. Widzą je i czują tylko nieliczni. Na każdego przyjdzie dźwięk dzwonu albo tylko sygnaturki. A może pojawi się wszechwładna cisza, która jednych uspokaja, innych rozgrzesza?

Każdy tego doświadczy. Wcześniej czy później. Na razie trwa samooszukiwanie. Jakże twórcze.

I dlatego traktuję czyny i wybory – bez względu na stopień samodzielności oraz wolności – w kategorii tak modnych od lat instalacji artystycznych. Do ich powstania powołuje się własne ciało, umysł, przedmioty zwane wszelakimi materiałami codzienności, dźwięk, performance. Praktycznie wszystko. Tu nie ma granic. Jedna scena, bohaterka, żywi statyści, którzy uruchamiają i zamykają owe widowisko. Także świat widowni. Obojętnej i aktywnej.

Ta kreatorka nazywa się dalej Bożena Wahl. Ma 87 lat.

Zabrać jej psy to znaczy wydać wyrok? Instalacja trwa dalej. Spektakl się toczy. Instalacja ożywa – rzadko – normalnością. Serial o miłości oraz niedostosowaniu trwa dalej. Odcinki są coraz krótsze…

 


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s