Stwórzmy taki teatr…!

Pięć lat temu – 4 kwietnia – został pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie profesor Stanisław Jastrzębski, który zmarł 24 marca 2014 roku.

Obszerne wspomnienie o profesorze Stanisławie Jastrzębskim – nauczycielu historii w I Liceum Ogólnokształcącym im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie – napisał jego uczeń oraz uczestnik działań artystycznych Teatru Słowa pod Krzyżem – Waldemar Gorgoń. Ta niezwykła forma działania teatralnego miała swój swój początek 25 listopada 1979 roku. Profesor Jastrzębski był założycielem niezwykłej placówki noszącej imię błogosławionego, a od 1991 świętego Józefa Sebastiana Pelczara.

Wspomnienia obejmują lata 1992- 2014. Autor jest absolwentem Nowodworka. W roku 1996 zdał maturę w klasie klasycznej. Jego podróż w czasie ma niepowtarzalny klimat, jaki trwał w zespole. To bardzo dojmująca, obiektywna i pełna ekspresji relacja. To opis magicznej siły, jaką współtworzył nie tylko wokół siebie – ten niezwykły wychowawca oraz pedagog. Także zadziwienie oraz refleksje autora, które mogą zaskoczyć niektórych czytelników przyzwyczajonych do świateł i cieni sceny teatralnej. Pan Waldemar sięga także do kulis życia Teatru, który przestał istnieć w roku 2005, a który promieniuje do dzisiaj.

Podobnie jak w szkole podstawowej, tak i w liceum interesowały mnie mapy historyczne. Jeśli dobrze pamiętam, obowiązek ich wymiany po skończonej lekcji przed nowymi zajęciami, spoczywał na dyżurnych klasy. W Nowodworku znajdowały się one na zapleczu sali nr 21 p-powierzonej profesorowi Stanisławowi Jastrzębskiego. Lubił on używać tych pomocy naukowych, toteż mapy liczące sobie nieraz kilkadziesiąt miały już – od zwijania, rozwijania i kłucia wskaźnikiem – więcej wytarć i dziur niż treści kartograficznej. Lubiłem się im przyglądać przed zajęciami i siedziałem zwykle w pierwszej ławce (łączonej) obok Piotrka i Michała.

Z tyłu tejże sali – na ścianie – znajdował się poczet wychowanków Szkoły Nowodworskiej i portret jej założyciela Bartłomieja Nowodworskiego. Pamiętam chwile pogrzebu generała Władysława Sikorskiego. Słyszeliśmy przez otwarte okno sali głos Dzwonu Zygmunta na Wawelu.

Profesor był – w każdym calu swego życia – pasjonatem. Podczas lekcji prezentował różne stare publikacje, które puszczał w obieg wśród uczniów. Recytował także utwory z pamięci, ponieważ nauczał nie tylko wiedzy o historii wojen, ale kultury i sztuki. Lubił także śpiewać, również melodeklamował jakąś piosenkę czy balladę. Pamiętam, że ze względu na moje imię Profesor żartobliwie wspominał ordynata Michorowskiego. Zajęcia nie zawsze zaczynały się punktualnie, a kończyły po drugim dzwonku, już na kolejną lekcję, gdy powinniśmy być w innej klasopracowni.

W klasie maturalnej zajęcia z historii trwały do I półrocza, a później wybierało się fakultet. Nie uczęszczałem na fakultet historyczny, a jak wykazała to moja przyszłość – było to błędem. W połowie czwartej klasy straciłem kontakt z Profesorem. Historia następnych lat mego życia udowodniła – jak jednak podświadomie – związałem się z artystyczną duszą Profesora.

Niezwykłą cechą osobowości prof. Jastrzębskiego była troska o pojedynczego ucznia. Gdyś ktoś z klasy zachorował, starał się On zachęcić koleżeństwo do odwiedzenia takiej osoby, by przekazać tematykę opuszczonych zapisanych w zeszycie przedmiotowym. Zawsze znalazł się chętny do takiej wizyty. Nie był też surowym przy katedrze, chociaż nie ukrywał na twarzy niezadowolenia, gdy ktoś się – po prostu – nie nauczył. Łatwiej, niż u innych nauczycieli, udawało takiemu delikwentowi, przy tablicy – przekazać oczekiwaną informację. Nie tolerował ściąg na klasówkach (sprawdzał dłonie w razie podejrzenia). Oprócz zwyczajowych dwóch „iksów” (dopuszczalnych w semestrze nieprzygotowań), stosował inne taryfy ulgowe. Gdy uciszał klasę, mawiał nie gadulić!

Pamiętam, że w późniejszych latach krytycznie oceniał reformę edukacji licealnej, zmniejszanie znaczenia historii w programie nauczania, nowe kategoryzacje nauczycieli.

Ponownie kontakt nawiązaliśmy w jesieni 1997 roku. Zupełnie przez przypadek. Przyszedłem do Maćka Palczewskiego, po chwili doszedł Jarema Pogwizd i poszliśmy do kościoła św. Krzyża, gdzie miała się odbyć próba przedstawienia o św. Franciszku. Ku mojemu zaskoczeniu spotkałem tam Bogumiła Kuczę i Rafała Krzyżaka, moich kolegów z klasy licealnej. Okazało się, sztukę reżyseruje prof. Jastrzębski. Zaprosił mnie na spektakl. Chyba się wymówiłem brakiem czasu. Wróciłem do siebie, po czym… wróciłem do kościoła, aby się jednak przyjrzeć. I zostałem zaproszony na następną próbę – za tydzień. Nie ukrywam, że koledzy mi zaimponowali.

Lata mijają, ale pamiętam, że raz czekaliśmy na Jaremę pod jego domem przy ulicy nazwie tej, co kościół. I tak to się zaczęło.

Odtąd moim chlebem powszednim, a właściwie co weekendowym, stały się próby w mieszkaniu prof. Jastrzębskiego na ulicy Czystej, w kościele Sióstr Sercanek przy ul. Garncarskiej i w miejscach spektakli. Z początku pomagałem Jankowi Rozwadowskiemu nosić i ustawiać reflektory oraz inne elementy scenografii. Szybko zostałem aktorem, na początku epizodycznym, potem o większych zadaniach scenicznych. Debiut techniczny przeżyłem w kościele Karmelitów na Piasku, bodajże w październiku 1997, zaś aktorski u Sióstr Sercanek 11 a może 15 listopada tegoż roku. Obsługiwałem nadal oświetlenie bądź magnetofon z nagraniami muzycznymi. Zdarzały się sytuacje nieprzewidziane jak wybicia korków, gdyż reflektory miały dużą moc. Warto wspomnieć, że były one ciężkie – ważyły po 15 kg.

Szczególne momenty były naszym udziałem, gdy scenografię trzeba było umieścić w pociągu czy autobusie. Interesujący widok prezentowaliśmy jako zespół teatralny podczas „defilady” z ekwipunkiem z Poselskiej, poprzez Planty na ulicę Czystą, przenosiliśmy wielki krzyż, bramę, ławkę, stroje sceniczne. Występowaliśmy poza Krakowem. Mocno pamiętam spacer w Trzebini – od dworca kolejowego do kościoła w centrum i z powrotem. Oczywiście ze scenografią. To była ważna wizyta dla Profesora. Z tej miejscowości pochodziła jego rodzina ze strony ojca. Do Płok, Myślachowic czy Woli Filipowskiej wybieraliśmy się raczej autobusem, podobnie jak do Zakopanego.

Naszym scenografem był p. Smolicki, a p. Palczewski przygotowywał plakaty na komputerze oraz rejestrował na wideo nasze występy. Podczas spektakli krakowskich na widownię zapraszaliśmy też naszych krewnych, przyjaciół, znajomych… Istniał zwyczaj, że po występie Profesor przedstawiał publiczności zespół. Czasami otrzymywaliśmy od gospodarzy prezenty, czasami mieliśmy dary dla nich.

Próby miały różny charakter. Dotyczyły aktualnego, przygotowywanego repertuaru, a sporadycznie jednej sztuki, więc nie uczestniczyłem we wszystkich spotkaniach. Profesor prowadził dom otwarty, a próby trwały nieraz po pięć godzin. Jedne osoby przychodziły, inne wychodziły, uczono się zastępstw. Czasem próby przerywał telefon, wtedy reżyser znikał na ponad kwadrans. Było głośno i radośnie. Profesor dbał o świętowanie urodzin, imienin, zaopatrywał obecnych w słodycze oraz inne smakołyki. Zespół tworzyli absolwenci Nowodworka, uczniowie starszych klas, zaś pierwszoklasiści przypatrywali się naszym próbom, pracom, zachowaniom w zespole.

Odbyłem prawdziwą szkołę życia przy Profesorze włącznie ze sztuką savoir-vivre’u. Wyjechałem wtedy po raz pierwszy poza Polskę – na Litwę, Ukrainę, do Austrii. Można powiedzieć, że Profesor był moim pierwszym szefem.

Warto zaznaczyć fakt, że były tak zwane dublury. Teksty „przepowiadaliśmy” kilka razy, nieraz je skracając, wymieniając teksty między osobami dramatu lub zastępując źle brzmiące – dla nas – zestawienia słów. Można powiedzieć, że byliśmy – w jakiś sposób – współautorami dialogów. Zdarzały się i takie teksty, kiedy to z pietyzmem ustalaliśmy każdy ruch na scenie, sposób wypowiadania kwestii, gest czy mimikę. Nasz Teatr był teatrem słowa, dlatego ono miało być wyraźnie wymawiane, pełne sugestywności i zrozumienia. Najczęściej graliśmy po mszy, dlatego też sztuka nie mogła trwać zbyt długo, najczęściej do trzech kwadransów.

Dopiero w Teatrze zobaczyłem jak wielu wychowanków miał Profesor, z którymi utrzymywał kontakt i co znamienne – oni go świetnie pamiętali. Profesor prowadził korespondencję z całą Europą, wręcz światem. Nie posiadał wówczas telefonu komórkowego, więc korzystał często z naszej pomocy.

W czasie, gdy z Teatru odchodziłem (2001 – 2002) Profesor już współpracował – jakby to określić – w klastrze teatralnym Theatrum Mundi prowadzonym przez małżeństwo Osławskich. De facto Teatr nasz stał się jego częścią, a Profesor utracił częściowo niezależność, przynajmniej w zakresie własnej wizji realizacyjnej, w tym reżyserskiej. Być może to moje subiektywne odczucie, lecz na tym etapie istniała szansa stworzenia pewnego rodzaju spółdzielni artystycznej opartej na filozofii prof. Jastrzębskiego, która kontynuowałaby specyfikę we wcześniej, swobodniejszej formule. Dla mnie dziwne było występowanie przy wywieszonym plakacie z logo „Theatrum Mundi”, gdzie nazwa naszej sceny wydrukowana była mniejszymi literami, na dalszym planie.

W „Pokutniku z Osjaku” (2000 r.) grałem główną rolę, będąc cały czas na scenie, być może nastąpiło u mnie „zmęczenie materiału”. W 2001 roku reżyserię przejęła Anna Osławska, której styl i wizja nie do końca mi odpowiadały, podobnie jak czas trwania prób do późnych godzin wieczornych. Myślę, że pani reżyser oczekiwała od nas tworzenia teatru w pełni profesjonalnego. W tym chciała nam pomóc i to miało też jej pomóc w marketingu. Tymczasem my byliśmy zdolnymi amatorami. Czułem, że wszyscy wolelibyśmy kontynuować działalność w niezmienionej formule.

Profesor Jastrzębski wywodził ideę swego teatru z koncepcji i myśli artystycznej Mieczysława Kotlarczyka, a to zobowiązywało. Niektóre przedstawienia zaskakiwały nas osiągniętą mistyczną głębią, niepowtarzalną atmosferą, niezwykłym kontaktem między nami na scenie i z publicznością, szacunkiem dla wypowiadanego słowa.

Duchem naszego Teatru był Roman Brandstaetter – dramaturg, poeta, tłumacz, z którym Profesor przez wiele lat utrzymywał kontakt prywatny. W zasadzie był to główny autor granych przez nas dramatów. Idea franciszkańska była mocno zakorzeniona w przesłaniu realizacji scenicznych. Łącznikiem była postać wybitnego krakowskiego aktora Andrzeja Kruczyńskiego, który w roku 1947 grał w premierze „Powrotu syna marnotrawnego”, a profesor Jastrzębski pomagał reżyserować w roku 1999 – „Dzień gniewu” – także w dramatach Brandstaettera. Z ostatnich słów sztuki tegoż autora – „Teatr świętego Franciszka” – zaczerpnąłem tytuł niniejszych wspomnień. Profesorowie Kruczyński i Jastrzębski razem zagrali ( listopad 2000) w spektaklu „Quo vadis, Domine?” zrealizowanym w już w Theatrum Mundi.

W harmonogramie występów coraz częściej pojawiały się – z zaskoczenia – nagłe powroty repertuarowe. Profesor coraz rzadziej konsultował z nami repertuar i możliwości obsadowe – był pod presją. Oznaki takich decyzji pojawiły się podczas planowania wyjazdu do Rzymu, wiosną 2001 roku. Nie mogłem wtedy uczestniczyć w wyjeździe do Papieża. Pojawiły się już symptomy pewnej trudności obsadowej czy też organizacyjnej związanej z próbami.

„Theatrum Mundi” było sceniczną platformą chrześcijańską. Łatwiej było państwu Osławskim zdobyć środki finansowe dla kilku scen równocześnie. Odciążało to Profesora od żmudnych kwestii organizacyjnych, m.in. w zakresie znalezienia sal do prób choreograficznych. Bazą stała się – na jakiś czas – profesjonalna scena przy ulicy Łokietka, w kościele św. Jadwigi. W moim przypadku historia zatoczyła koło. To w tej sali, jeszcze w stanie surowym, w podziemiach budowanego wtedy kościoła, przystąpiłem do pierwszej komunii świętej w roku 1986.

Od osób, które na przełomie roku 2001/2002 pracowały w Teatrze wiedziałem, że przyszły nowe osoby – z Nowodworka – do zespołu. Z moich zapisków wynika, że raz jeszcze byłem z Teatrem 17 marca 2002, ale nie pamiętam tego występu… Mogło to być zastępstwo zakonnika w „Dniu gniewu” lub funkcja techniczna. Wtedy też nadszedł dla mnie czas ciężkich egzaminów w szkole prawa francuskiego i amerykańskiego, językowy CAE, starania o pracę, którą otrzymałem w połowie tegoż roku. Profesor starał się zachęcić mnie do udziału w próbach bodajże „Dnia gniewu” w nowej obsadzie oraz adaptacji „Upadku kamiennego domu”. To był wrzesień 2002 roku. Nie podjąłem tej propozycji.

Wiem, że Profesor – w latach 2003 i 2004 nadal reżyserował i grał. W 2005 przeszedł na emeryturę, a kontakt z młodzieżą licealną znacząco się zmniejszył.

W Teatrze Słowa pod Krzyżem im. św. Józefa Sebastiana Pelczara spędziłem wiele ważnych lat. Gdy miałem zamiar prosić „Szefa” o potwierdzenie na piśmie mej działalności przygotowałem „na żywo” wykaz mych aktorskich dokonań. Grałem Lekarza Psychiatrę w „Misterium św. Franciszka”, Pasterza i Legionistę Dąbrowskiego w misterium „Do Betlejem”, gdzie nauczyłem się bardzo dobrze słów kolęd, gdyż staraliśmy się włączyć do wspólnego śpiewu publiczność. Grałem Pokutnika w „Pokutniku z Osjaku”, Aptekarza Rubena, Apostołów Piotra Tomasza oraz Żołnierza w „Historyji o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim”. W zasadzie byłem dwoma ostatnimi postaciami, a dwie pierwsze brałem „na zastępstwo”. Grałem też Zakonnika w „Dniu gniewu” na przełomie 2001/2002.

„Po teatrze” zdarzało mi się kilka razy odwiedzać Profesora przy ulicy Czystej.

Czas płynął…

Spotkałem go kiedyś na Garncarskiej, gdy szedł bardzo już sterany, ze swoją nieodłączną wielką walizą, w prochowcu, jakiś nieswój. Odprowadziłem Profesora do domu. W okolicach Plant widziałem go około lat 2009/2010.Już mnie nie poznał. Próbowałem – przechodząc ulicą Czystą – dzwonić do niego domofonem. Nie było odzewu. Dochodziły wieści o jego pobytach w szpitalu, remoncie mieszkania przeprowadzonym przez jego przyjaciół. Nie mogłem skontaktować się telefonicznie, więc napisałem list. Nigdy już nie trafiłem do drzwi amfiladowego mieszkania w oficynie ulicy Czystej 11, z wiecznie hałaśliwymi urwisami na podwórku, gdzie tyle biografii się krzyżowało.

Profesor dbał o swoich wychowanków. Wspierał nie tylko dobrym słowem, rekomendował, chwalił, pomagał w znalezieniu pracy. Każdy był dla niego wyjątkową osobowością, pełną zalet i talentów. W Domu Spokojnej Starości u Helclów odwiedzaliśmy go naprzemiennie. Niestety – nie zawsze nas poznawał. Jednak cieszyliśmy się, że podczas wizyty możemy z nim porozmawiać, pomóc w urządzaniu pokoju, słyszeć jego głos, być z nim…

O śmierci oraz pogrzebie na Cmentarzu Rakowickim dowiedziałem się po ceremonii pożegnalnej. Od razu poszedłem na grób. Ileż tam było wieńców, kwiatów, zniczy i wyczuwalnej pamięci Jego uczniów.

 


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s